Książki
Zastanawiałem czy nie dać tej ksiązki w wątku światopoglądowym, ale tam by szybko znikła pod masą postów o Zembaczyńskim, więc daję tutaj.

[Obrazek: b3d0997e9bb8493e3337b114a4d608346c3e7ccb...5f0d0e83c7]

Wydana u nas niedawno książka „Laboratorium Palestyna. Jak Izrael eksportuje technologię przemocy na cały świat” to zdecydowanie jedna z lepszych pozycji na temat współczesnego Izraela (i nie tylko), która ukazała się na polskim rynku. Napisana i opublikowana w Australii w 2023 r. przez australijskiego dziennikarza i aktywistę żydowskiego pochodzenia Antony’ego Loewensteina.

Książka Loewensteina to owoc jego długoletniej kariery jako dziennikarza opisującego współczesny konflikt palestyński. Stawia on tezę, że pomimo niezaprzeczalnych kosztów – społecznych oraz gospodarczych okupacji ziem należących do Palestyńczyków, Izrael jest również beneficjentem status quo, gdzie Palestyna i Palestyńczycy stanowią niejako przy okazji wielkie laboratorium dla izraelskiej zbrojeniówki i aparatu kontroli. Autor cofa się do początków współczesnej żydowskiej państwowości, opisując dużą rolę jaką od początku istnienia Państwa Izrael w 1948 r. odgrywa w nim rodzimy przemysł zbrojeniowy, co jest dosyć oczywiste jeśli weźmie się pod uwagę sytuację międzynarodową, w której istnieje ten kraj. Co intersujące izraelska zbrojeniówka i wojskowi doradcy zaznaczyli swoją obecność na świecie praktycznie od samego początku, podejmując się niejako roli, której nie wypadało pełnić służbom Stanom Zjednoczonym. Izrael zyskiwał na tym pod wieloma względami pracując nie tylko na opinię dobrego sojusznika USA w dobie Zimnej Wojny, ale również zapewniając sobie wsparcie różnorodnych autorytarnych reżimów na arenie międzynarodowej, nie wspominając już o korzyściach czysto finansowych. Kraje od Gwatemali, Chile, Argentyny czy RPA wykorzystywały izraelskie know how i broń już kilkadziesiąt lat temu. Obecnie zaś do tego zestawu dołączyło większość krajów szeroko pojętego Zachodu, a nawet co niezbyt oczywiste takich krajów jak Arabia Saudyjska, Maroko czy Indie. Izrael eksportuje wypracowane przez siebie w Palestynie technologie służące inwigilacji i kontroli na praktycznie cały świat, zacieśniając przy tym swoje oficjalnie i nieoficjalne stosunki ze swoimi prywatnymi i państwowymi klientami. Loewenstein opisuje jak prywatne na papierze podmioty są de facto kontrolowane przez izraelskie służby.

Klasyczny jest tutaj przykład oprogramowania Pegasus służącego do inwigilacji czy też różnorodnych systemów identyfikacji biometrycznej, opracowanych na użytek wewnętrzny a następnie sprzedawanych m.in. do Polski, Salwadoru, USA itd. miedzy innymi w czasie pandemii koranawirusa. Tak, tak te poczciwe apki jaki niejeden z nas miał założone na telefonie w trakcie kwarantanny były owocem pracy na kontrolą ruchów Palestyńczyków. Historia nie kończy się jednak na internetowej inwigilacji. Izrael jest obecnie jednym z głównych państwa rozwijających technologię dronową sprzężoną z AI w warunkach bojowych. Technologia ta z oczywistych powodów stanowi obiekt zainteresowania wszystkich państwa świata, można więc bezpiecznie założyć, że jej producenci będą mogli na niej sporo zarobić.

Izrael gra tutaj na wielu fortepianach, uzależniając od swoich produktów zbrojeniowych służby bezpieczeństwa wielu państwa na świecie i nie bojąc się przy tym narazić amerykańskiemu NSA, które coraz częściej widzi w izraelskich podmiotach problematycznego sojusznika, a od czasu do czasu również rywala.

W tym kontekście Palestyna jest światowym laboratorium dla rozwiązań, które prędzej czy później mogę być zastosowane (lub już są stosowane) w dowolnym państwie na świecie.

Ogólnie polecam, bo niektórych cytatów Bucho by się nie powstydził:

[Obrazek: c82aa4faa305329241cc8ac07937f2d7cdd83295...5f0d0e83c7]

Odpowiedz
W tym roku przebijam jakiś osobisty rekord :). Przeczytałem więcej niż jedna-dwie książki bez obrazków. Teraz wpadł David Clement Davies i jego dwie książki:


Fire Bringer - bardziej hardkorowa wersja Bambiego. I to tego książkowego. Kurczę, myślałem że opinie, że to Wodnikowe Wzgórze z jeleniami szlachetnymi, za przesadzone, bo dzisiaj to każda książka o zabijających się zwierzakach jest określana "Wodnikowe Wzgórze, tyle że [wstaw wiodący gatunek]". Ale faktycznie. Głównym bohaterem jest charyzmatyczny everyman, jego rodzimym stadem rządzi nadęty stary kutas, w połowie powieści w roli głównych złych pojawia się dyktator i jego gestapowcy, mamy gościa z wizjami czy śmieszkującego gawędziarza, stada wiodącego gatunku mają podległych wodzowi kapitanów, pojawiają klechdy o ich bogu/bohaterze ludowym, bohaterowie trafiają do półoswojonych kultystów dających się zabijać człowiekowi i w finale szalę zwycięstwa przechyla budzący grozę psowaty. Nawet mamy ptasiego sojusznika będącego komediowym gburem. I co prawda, nie jest Skandynawem, ale też jest takowa postać w postaci renifera. I sam autor przyznał, że czerpał inspirację z Wodnikowego Wzgórza i fun fact: sam autor Wodnikowego Wzgórza - Richard Adams - nazwał Fire Bringer jednym z najlepszych fantasy jakie czytał.

I przyznaję, też dobrze się mi czytało i mimo podobieństw do królików Adamsa stoi to na własnych racicach. Na jego korzyść przychodzi czas akcji, bo dzieje się w średniowieczu. Większość utworów xenofiction z reguły jest ponadczasowe, dopóki nie przychodzi do ludzi. XXI wiek (i w jakimś stopniu XX) to praktycznie dobre czasy dla dzikich zwierząt względem poprzednich stuleci. Masakra trującym gazem królikarni nie przeszłaby w 2018 roku, szczytowe drapieżniki się reintrodukują i zasiedlają co nowsze tereny i odbudowują swe dawne populacje, przez co nie wydają się już mistycznym bytem. I wiele okrutnych praktyk słusznie odchodzi do lamusa.

I niby fantasy, ale ładnie gra tym, że magia niekoniecznie musi istnieć - Nolan mógłby zrobić adaptację. Mnie co zaskoczyło, że autor sporo poczytał fachowej literatury o jeleniowatych i zaskakująco podkreśla, ze jelenie są poligamistami (choć na potrzeby artystycznej licencji dany byk ma swoją ulubiona łanię w haremie). Widać również, że gościu zrobił research, bo nawet uwzględnił fakt, że samice reniferów też mają poroże (a samce zrzucają je wcześniej) czy że sarny prowadzą samotniczy tryb życia.

Widać w tym pasję i skuteczne próby wyróżnienia, chociażby przez umieszczenie akcji w średniowieczu, gdy w innych xenofiction dzieje się ona zawsze współcześnie. I w końcowej bitce nie ma wielkiego pojedynku między protagonistą a złoczyńcą (który dzielnie nie uczestniczy w bitwie), co byłoby nielogiczne, bo zły ma jedną deformację uniemożliwiającą walkę na równi. No i nie zrobił z głównego bohatera kolejnego nieopierzonego młokosa czy przegrywa, który jeszcze nie ciupciał. A całkiem dobrze rozbudował charakterystykę złola, bo na pierwszy rzut oka to jest seba, i dał mu motywację dla jego zachowań i przemyśleń (bo czuje doła, że jest brzydalem bez powodzenia u łań), bez uciekania do fałszywego współczucia.

Wiele jest fragmentów, gdzie wciska się ciekawostki nt. jeleni czy historii Szkocji, tylko u Adamsa wychodziło to bardziej naturalnie (a obie książki był debiutami), a Davies sprawia wrażenie, że chce się popisać wiedzą i badaniami. No i w finale za dużo było chrystusowania i pacyfizmu. Ale tak, to mi się podobało i z chęcią ujrzałbym epicką adaptację.

8/10


The Sight - spin-off w/w powieści i tym razem to Księga dżungli w średniowiecznej Transylwanii plus domieszka Gwiezdnych wojen. Spotkałem z niesłusznymi ocenami, że "to Fire Bringer tyle, że z wilkami euroazjatyckimi". Facet wyraźnie stara być odmienny i idzie w inną gatunkowość. O ile nadprzyrodzone momenty Fire Bringer były wzięte w cudzysłów, tu magia jest prawdziwa, choć psowate nie wierzą w nią, uważając za przesądy. I także jest inna dynamika głównego gatunku.

Przy czym autor pofolgował z biologią, bo wilki mają chowane pazury jak kotowate. Też mam wrażenie, że w głowie miał widok tych północnoamerykańskich, bo nasze europejskie wilki to są rudawe i bardziej "piesowate", i u nich mniejsza różnorodność kolorystyczna. Przy czym jakieś badania zrobił, bo szedł studiować wilki w azylu przyrodniczym. I pokazał jako tako zgodnie, że wilcza wataha to głównie rodzina (a nawet prowadzi adopcję) i nawet pada kwestia, że wataha zbierająca losowe osobniki jest czymś nienaturalnym. I warczą tylko w stosunku do obcych. Choć najlepiej i najwierniej strukturę wilczej grupy rodzinnej opisała Sharon Stewart w Raven Quest. A Clement-Davies dalej powiela obalony koncept alfy i omegi i obniżam ocenę każdemu utworowi o wilkach, który po 1999 roku wciska "alfę i omegę" w wilczych rodzinach. Choć jak znam życie, więcej rażących nieścisłości pewnie dotyczy średniowiecznej Wołoszczyzny (BTW historia tego regionu to niezły pierdolnik i współczuję rumuńskim uczniom uczącym się historii na lekcjach). I w Rumunii polują na bawoły wodne - występujące jedynie w Indiach. Serio, przy Fire Bringer autor ładnie odrobił pracę domową, gdy tu wali takie byki. Przecież prosiło się, żeby dać żubry. Mógł je nazywać bizonami, bo właściwie to to samo.

Pierwszy rozdział to silna ekspozycja i momentami zbyt mocno wchodzi wizerunku nobliwego wilka, który zabija tylko słabych i chorych (aż prosi by ktoś opdyskował, że tak jest najłatwiej i dla drapieżnika to promocja w Lidlu). I sporo jest wodolejstwa. Potem akcja się rozkręca. Też jest dużo jechania po padlinożercach, których ukazano jako te złe, ale ma to ręce i nogi, bo według drapeżników padlinożerstwo to oznaka bycia dupą życiową. No i sługa, antagonistki, kruk przyłącza się do niej, bo chce wyjść z przegrywu. Co jest fajne, to każda z postaci, nawet tych negatywnych ma dobrze zarysowane backstory i motywacje, a jak mamy im współczuć to faktycznie jest to szczerze.

No i nie licząc fuckupów przyrodniczo-geograficznych Clement-Davies dobrze zbudował świat przedstawiony. I zrobił ciekawy myk, rzadki w popkulturze, bo uwzględnił, że nie ma jednej religii. Np. jedna z wilczyc od wilczej hetmanki wyznaje innego boga i robi wielkie oczy, gdy słyszy o religii protagonistów. No i pochwalę gościa za jaj, bo choć to kolejna fikcja o zwierzątkach, gdzie te giną jak leci to tu
Książa o klasę gorsza, ale też daje się przeczytać. I kurde, ma potencjał na fajne fantasy i ktoś ogarnięty mógłby zrobić fajną ekranizację wykorzystującą drzemiący potencjał. Książkowe Zwierzęta z Zielonego Lasu nie były wybitne, ale ich adaptacja rozwinęła świat przedstawiony.

7/10

Odpowiedz
(20-04-2021, 18:56)Paszczak napisał(a): Demon i mroczna toń, czyli Sary Wessel zmagania z patriarchatem, Stuart Turton

(...) Samo zakończenie to już całkowita żenada.

W posłowiu przyznaje, że pisał książkę w okresie, gdy na świat przyszło jego dziecko, a to - jak dla mnie - naprawdę wiele tłumaczy.

Chyba najbardziej "wstydliwe" zakończenie powieści, pisanej przez autora nie będącego przy tym totalnym amatorem. 
Polski już nie ma.

Odpowiedz
Nawrockiemu się podobało.
Czytał ktoś Morderstwo u Kresu Świata? Po rozczarowaniu jakim była Toń jakoś nie mogę się zmusić.

Odpowiedz
Ja przeczytałem połowę i odpuściłem...

Siedem śmierci uwielbiam. Do jego drugiej książki nie podszedłem po opinaich na forum.
We don’t play finals, we win them - Sergio Ramos.

Odpowiedz
[Obrazek: 9e2bf874bfa1dd2cc84ffe1e2e236a1b6a87d27e...5f0d0e83c7]

Jak wiadomo ostatnimi czasy w związku z sytuacją za naszą wschodnią granicą wysypało się sporo lepszych i gorszych publikacji na temat Rosji, a Putin straszy nas wszędzie na księgarskich półkach z literaturą faktu. Całkiem niedawno miało okazję zapoznać się z opublikowaną pod koniec lutego przez wydawnictwo Prześwity książkę młodego historyka Bartłomieja Gajosa (ur. 1992 r.) pod nieco sensacyjnym tytułem „Historia, która zabija. Polityka historyczna putinowskiej Rosji”.

Przyznam od razu, że jest to jedna z ciekawszych publikacji na temat współczesnej Rosji jaką przeczytałem. Przede wszystkim wynika to z podjętej przez autora próby zgłębienia interesującej kwestii związanej z rosyjską propagandą i jej wykorzystaniem historii. Główna teza przedstawiona w książce to to, że przemożny wpływ na popularną percepcję narodowej historii miały dla putinowskiej Rosji dekady rządów Breżniewa, wykorzystujące dla legitymizacji ówczesnych kremlowskich elit heroiczną epokę zmagań z faszystami w czasach drugiej wojny światowej (przy pominięciu oczywiście niewygodnych kwestii takich jak pakt z Ribbentrop-Mołotow itp.). Pokolenie Breżniewa nie mogło silą rzeczy odwoływać się bezpośrednio do czasów walki z carską opresją siłą rzeczy musiało się więc oprzeć na innym micie jakim stała się po 1945 r. Wielka Wojna Ojczyźniana. Powstające wtedy oficjalne produkcje telewizyjne i kinowe oraz literatura i prasa kreowały na nowo tragiczne dla Związku Radzieckiego czasy wymazując z nich przy okazji kwestie współpracy z Niemcami w początkowym okresie wojny, ekspansję ZSRR w okresie 1939-1944 itp. Krytyka jeśli się pojawiała była wymierzona głównie w jednostki już nieżyjące na czele ze Stalinem (chociaż i to nie do końca).

Zdaniem Gajosa dla wychowanych w l. sześćdziesiątych i siedemdziesiątych obecnych władców Kremla, niejako mimowolnie punktem odniesienia stała się pamięć zbiorowa ukształtowana w breżniewowskim duchu. Gdy na przełomie ostatnich dekad dwudziestego wieku łamał się dotychczasowy porządek, a Związek Radziecki został zastąpiony przez Federację Rosyjską, elity państwowe na gwałt szukały nowej tożsamości – z biegiem czasu stała się nią odpowiednio podrasowana postsowiecka mitologia historyczna. Rosja w ujęciu jej współczesnych elit to kraj wyjątkowy, któremu pomimo rzucanych pod nogi przez inne państwa kłód, udaje się mimo wszystko przetrwać i walczyć o swoje. Wszystko w otoczce uwspółcześnionej i aktualizowanej na bieżąco historii. Po szczegóły odsyłam do książki, bo jest naprawdę ciekawa i warta przeczytania, zwłaszcza że stara się rekonstruować kuchnię powstawania oficjalnych rosyjskich narracji historycznych na czele z różnorakimi artykułami przypisywanymi Putinowi, a napisanymi przez akademickich historyków popierających politykę Putina. Uprzedzam jednak, żeby nie zniechęcać się nieco niemrawym, ale bardzo ważnym dla dalszej części książki wstępem, gdzie pokrótce zostają omówione podobieństwa i różnic dotyczących kwestii: historii, pamięci zbiorowej i polityki historycznej. Sądzę przy tym, że sama lektura może nieco uodpornić czytelnika na wykorzystanie historii w dyskursie politycznym, co też autor świetnie przedstawił w rozdziale poświęconym Krymowi.

Odpowiedz
Udało się. Po miesiąciu zaciskania zębów i częstego zmuszania się do brnięcia przed siebie w końcu zmęczyłem taką jedną opasłą knigę (chyba najdłuższą w życiu); mogę takoż „szczycić" się znajomością biblii libertarian zwanej Atlasem Zbuntowanym. Czy było warto zaliczyć? Niekoniecznie.

Ayn Rand w dziecinnym uproszczeniu przedstawia konflikt między kapitalistami a „altruistami"/pijawkami. Producentów malujęe na modłę mitologicznych herosów, pomnikowych bohaterów bez skazy brnących do celu pomimo piętrzacego się stosu kłód rzucanym im pod nogi przez wrednych cwaniaczków. Są przewspaniali, karykaturalnie idealni, którym orgazm jawi się jako metafizyczny hołd dla wielkości partnera (bohaterka zalicza trzech herosów i każde z tych ruchanek Rand wynosi do rangi wiekopomnego wydarzenia, peanu pochwalnego na cześć ludzkiej potęgi [i potencji, hyhy]). Złoczyńców zaś reprezentuje grupka kluczących, wrzaskliwych krętaczy z rozbieganymi oczkami i spoconymi czołami; ich motywację sprowadza się w zasadzie do „antyżycia", chęci zniszczenia i unicestwienia wszystkiego. Na takich właśnie uproszczeniach opiera się liczącą blisko 1200 (!) stron cegła. Opisy nieugiętych übermensch-ów pokonujących (no, do pewnego momentu) kolejny raz wrednych pasożytów z czasem zaczynają nużyć, a następnie irytowac potwarzalnością, zaś wspomniana karykaturalność przemienia poważną (zdawałoby się) powieść w niezamierzoną komedię (z żartami wypowiadanymi z kamienną twarzą, będąc nieświadomym śmieszności). Jaki więc mój werdykt? Czy Atlas Zbuntowany jest książką absolutnie beznadziejną? Dla wielu zapewne tak (lewicowe środowiska pierdzą w jej kierunku i regularnie wyśmiewają, a jakże), dla mnie — wbrew pozorom niekoniecznie. Naprawdę doceniam zamysł autorki i podjęty temat; udał jej się opis stopniowo niszczejącego świata (w zasadzie jedyne uzasadnienie tak wielu stron). Celnie wytyka przywary socjalizmu i przedstawia zalezy kapitalizmu; nie/stety, w zgodzie z aksjomatem „A równa się A"/zerojedynkowością jedna stroną jest absolutnie zła, druga nieskazitelna. Sporo tu wartościowych spostrzeżeń, przy czy, z racji oczywistego konfilktu, doceni jej głównie jedna strona barykady. W każdym razie (paradoksalnie) największym grzechem Rand było zrobienie z Atlasu... książki fabularnej. Tego typu twory lepiej sprawdziłyby się w postaci traktatu filozoficznego (casus Stalkera, będącego absolutnie beznadziejnym filmidłem). Mocno czuć pretekstowość fabuły, a autorka nie opowiada, jeno wykłada (często mądre kwestie, ale jednak tonem nieznoszącej sprzeciwu profesorki). Ze wszystkich opisywanych/stosowanych przez nią cnót zabrakło jej kluczowej: zwięzłości.


---

Trzy miesiące temu popełniłbym tu osobny wpis podsumowujący nortonowy rok czytelniczy A.D. 2025. Niestety — biblionetka.pl została (najwyraźniej) zmieciona z powierzchni ziemi (tej ziemi, internetowej ziemi), nie mam więc pod ręką wszystkich ocen. W skrócie więc: przeczytałem mniej więcej tyle samo książek, co w 2024 (około 25). Matka Noc jest pierwszym dziełem Vonneguta (licząc jeszcze Rzeźnię, Śniadanie i Kołyskę), która naprawdę mi się spodobała, a Heller (po wcześniejszym rozczarowaniu kontynuacją Paragrafu 22) jednak nie okazał się łan hyt łonderem, bo kupił mnie swoim Coś się stało (trudny, momentami męczący monolog z pogranicza kozetki terapeutycznej, jakże mocno trafiający w umysł serią zwykle skrywanych, przerażających prawd życiowych). Cylinder Van Troffa to może i ulubiony Zajdel (na pewno lepszy od Paradyzji) i jako jedyny (biorę również pod uwagę super Limes Inferior) ma spoko zakończenie. Najwspanialszy zaś okazał sie Świat według Garpa (spokojnie Top 10 wszech czasów).

Odpowiedz
Nie(do)tykalny: Dziwne życie i tragiczna śmierć Michaela Jacksona - tym razem pierwsza przeczytana książka w 2026 roku to nie n-ty xenofiction, a biografia. Jak ktoś potrzebuje odtrutki po laurkowatym Michaelu (którego nie widziałem, ale wierzę krytycznym opiniom), to polecam. Choć autor wspomina, że Jackson był megaoczytany, prawdziwym antyrasistą (bo potrafił zrugać ojca za rasizm wobec białych i nie lubił splaboo, tj. nieokrzesanych czarnych) i wzorowym rodzicem, to nie cukrzy postaci Króla Popu, bo sporo mówi o jego lekomanii i nielegalnym kupowaniu leków (za co bez problemów dostałby wyrok skazujący), jego zakupoholizmie w czasie gdzie był megazadłużony, pseudomałżeństw czy ciągłych operacji plastycznych, które nieomal doprowadziły do utraty nosa. Czy pokazanie, że MJ, choć skromny, to też mu sodówa potrafiła uderzać i z wzgardą patrzył na to, że jakiś koszykarz z Kosmicznego meczu jest od niego sławniejszy. I jak, Burton nie chciał mu dać roli Wonki w Fabryce czekolady (tak, tej interpretacji Wonki), to strzelił focha zabierając soundtrack, zrobiony przez siebie jako przekupstwo.

Ale jak ktoś myśli, że dostanie pikantne szczegóły typu pokazanie chłopcom kotków w piwnicy, to srodze się zawiedzie, bo autor jednoznacznie obala te bzdury o pedofilii (jak ktoś usilnie w nie wierzy, to jest emocjonalnym idiotą, któremu można wmówić wszystko i zasługuje na jakąś przykrość), mimo że zwraca uwagę, że Jackson był nieco samemu winien i już w latach 80. go ostrzegano, że paradowanie z cudzymi dziećmi (opisane wówczas przez media jako niewinny ekscentryzm) się zemści. Ale też pokazał skąd u Jacksona pojawiła się chęć otaczania się dziećmi. Otóż jak w latach 80. go mierzwiło, że wszyscy chcą przyjaźnić ze względu na sławę i jego wizerunek sceniczny i wciąż za nimi łazili nawiedzeni fani. Więc bujał się na placach zabaw, gdzie dzieci nie wiedziały kim jest ten pan i nie obchodziło ich jego zawód.

I też prostuje wiele faktów, w które np. ja wierzyłem - jak to że Joe Jackson był jakimś mocnym graczem w branży, a okazało się, że już pod koniec lat 80. to był uciekający przed wierzycielami bankrut bez siły przebicia. I książka obala tezę, że to dyscy..., wróć! terror Joego spowodowała, iż MJ osiągnął dziki sukces, bo Jacksons 5 triumf odnieśli dopiero jak Berry Gordy nimi się zainteresował (i to jemu Jermaine ufał niż staremu). I chujowy charakter, debilizm i brak profesjonalizmu Joego sprawiał, że mało kto chciał współpracować z Jackson 5. I to talent Michaela wyniósł grupę na szczyt, gdy reszta była przeciętna i wolała uganiać za babami. I Joe miał srogi ból dupy, że tylko Michael dostaje peany. I jak Gordy ich dymał na tantiemach, to młody Michael osobiście do niego zadzwonił ze skargami i Gordy pokajał. Reakcja tatusia i braciszków? Wkurw, że młody okazał "samowolę". I jak Joe w odpowiedź na pozew rozwodowy ukrywał majątek, to brachole bezceremonialnie zrezygnowali z jego menedżerowania (a ten się dosłownie spłakał). I też Michael okazał się mieć jaja, bo już za młodu jako jedyny z braci się sprzeciwiał Joemu (gdy reszta braci - yesmanów Joego - uważała, że MJ słusznie dostawał wcir i też go jebała przy każdej okazji, np. za miłość do kreskówek. I uważali, że Mike w wieku 14 lat powinien przestać być prawiczkiem, to zamknęli go siłą z dwoma prostytutkami licząc, że ulegnie) i miał własne zdanie.

Bo choć książka nie unika kontrowersji MJa, w dużo bardziej w krytycznym świetle pokazał tą jego zakichaną rodzinkę. Teraz Jacksonowie zgrywają jaka to zgrana i wspierająca familia, a gdy przychodziło co do czego, to bóldupiła, że Michael chce robić solową karierę, zabraniała mu kontaktów spoza rodziny, przez co 16-letni MJ nie miał kumpli (co zaważyło na relacjach społecznych). I bez ogródek autor mówi, że najbardziej pazernymi sępami na forsę Jacksona byli członkowie jego własnej rodziny, która przy każdej traktowała jak bankomat, bo "panie, dej kasę, Marlon się rozwodzi i ma chory dom" i parę dni po jego śmierci SZABROWAŁA rezydencję w poszukiwaniu ukrytej kasy (w czym brylowała La Toya). Prolog, gdzie MJ musiał ukrywać w swoim domu przed krewnymi, bo znów od niego dębiła kasę, naprawdę przykro się czyta. I też oni go najbardziej ciągnęli w dół - to bracia zmusili go do reklam Pepsi, w tym tej z feralnym zapłonem.  Jak wyszło to gówno z procesem to wrąbali się ludzie z Narodu Islamu nasłani przez Randy'ego manipulujący MJem, by zerwał kontakty z przychylnymi pracownikami, w tym gościem, który był wstanie położyć kres problemom finansowym (i finansami zarządzał Randy, który wstrzymywał wpłaty dla Marca Schaffela. Przez co ten musiał niechętnie MJa pozwać o nie uregulowanie wpłat. I jak się okazało, Randy i zatrudnieni przez niego ludzie skubali fortunę MJ-a :/) i popełniali kardynalne błędy. Gdyby Tom Mesereau nie wziął fuchy adwokata, to jestem pewien, że Jackson na bank wylądowałby w kiciu. I jak Jackson miał robić te 50 koncertów w 2009 r. to Joe z jakimś szemranym typkiem szybko chciał obalić ówczesnego menedżera, by kosić kasiorę na rodzinnym tournée i pośrednio przyczyniło to się do zatrudnienia tego lekarzyny od propofolu. I zaskakująco to prezes AEG był jednym z tych "dobrych" i gdyby nie on, to te kurwiszony wmanewrowały MJ-a w niekorzystne kontrakty. I wcale mi ich nie było szkoda, jak John Branca (inny sęp, ale cwańszy) dymał ich na testamencie MJ-a. I nic dziwnego, że MJ nie chciał kontaktu z tymi patusami i olewał ich prośby, by nie brał tyle leków.

I książka utwierdza mnie bardziej przekonanie, że MJ był postacią bardzo tragiczną i ten jego cały sukces i fenomen nie był tego warty. Albo może gdyby dorastał w lepszej rodzinie i otaczał się lepszym środowiskiem, to pewnie nadal by żył lub ostatnie lata spędził w spokoju, spełniając się jako filmowiec (o czym marzył całe życie).

10/10

Odpowiedz

Digg   Delicious   Reddit   Facebook   Twitter   StumbleUpon  






Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  Szukam książki military 81 20,905 30-01-2021, 20:27
Ostatni post: Paszczak
  Star Wars - książki military 90 21,632 25-11-2017, 21:23
Ostatni post: Kuba
  Ekranizacja książki Raul7 5 3,464 05-06-2017, 12:34
Ostatni post: Snuffer
  Baza adaptacji na portalu książki aniakonda 12 6,895 22-11-2014, 17:34
Ostatni post: aniakonda



Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości